sobota, 22 września 2012

O byciu martwym i paru innych rzeczach.

Mija kolejny rok. Czas leci, goni, biegnie, a ja stoję w miejscu. Coraz więcej gładkich kropek na plecach, coraz mniej włosów na głowie. Czuję się, jakbym był w jakiejś bańce, której nie potrafię przebić. Moje serce pompuje krew, płuca oddychają, ale ja jestem martwy. Jestem więźniem własnego umysłu, skazańcem, który nie wie, w czym zawinił. Miałem dużo czasu, żeby przemyśleć ostatnie 7 lat i doszedłem do jednego wniosku - nie miało mi się udać. Nie wiem, czy to sprawa losu, Boga czy Jego przeciwnika, ale coś zdecydowanie jest na rzeczy. Jak inaczej wytłumaczyć wszystkie moje nieudane próby i starania? Wszyscy wokół mnie mają jakąś szkołę, jakąś pracę, przyjaciół, chłopaka czy dziewczynę, a ja? Cztery ściany, krzesło i monitor. Rzygam już tym całym wirtualnym światem.

Rozmawiałem dzisiaj z Bogiem. Powiedziałem mu, że wierzę w niego i w to, że może mi pomóc. Ale w to, że mi pomoże - już nie. Jednak nie przestanę się modlić. To żałosne, wiem, takie błaganie na kolanach o coś, co może mi dać od ręki. Wszak wystarczy jego jedno słowo, a "będzie uzdrowiona dusza moja", czyż nie? Ale moje życie jest i tak żałosne, więc te modlitwy niczego na tym polu nie zmienią.

Jedno jest niezmienne - nadzieja. I pragnienie doświadczenia pełni życia. Tak realnie. Straciłem już ten młodzieńczy zapał, ten ogień, teraz to jest bardziej spokojne i stonowane, choć wciąż silne. Bardziej dojrzałe, bym rzekł.

Zakończenia nie będzie, bo się wypaliłem.

Z Bogiem...

PS Dwie osoby z Indii odwiedziły mojego bloga. Pieprzone znaki...

piątek, 21 września 2012

O rzeczach, które da się zmienić i tych, których nie.

Marcin mówi, że wygląda jak potwór. Angela narzekała na swoje usta. Justyna na to, że ma kilka kilogramów więcej. Ja narzekam na wszystko.

Do napisania tego posta skłoniła mnie pewna strona internetowa. Otóż na tej stronie są zdjęcia mężczyzn z... małymi penisami. I to nie były zdjęcia zakompleksionych facetów zrobione ukrytym aparatem fotograficznym. Niektóre pochodziły z plaży nudystów, inne z jakiegoś festiwalu nagich ciał, a jeszcze inne (uwaga!) zrobili sobie sami mężczyźni. I co mnie zdziwiło, to te uśmiechy na ich twarzach i pewność siebie, która z nich biła. Nawet zapisałem sobie adres url jednego bardzo pięknego mężczyzny. :-) Niesamowite!

Kiedyś bardzo często mówiłem ludziom, że są dwa i tylko dwa sposoby na radzenie sobie z kompleksami. Dwa rozsądne. Pierwszy to taki, żeby zaakceptować daną niedoskonałość, a drugi, żeby ją zmienić. Jest jeszcze trzeci, ale on rozsądny nie jest.

ZMIANA
Wielu ludzi uważa się za brzydkich, beznadziejnych, paskudnych. A nasz wygląd w dużej mierze zależy od nas. Weźmy otyłość na przykład. No kilogramy to urody nie dodają, prawda? Ale poza nielicznymi przypadkami, to nasza wina. Wystarczy zmienić kilka przyzwyczajeń. Zamiast McDonald's - bar mleczny; zamiast Facebooka - rowerek czy siłownia, zamiast słodyczy - marcheweczka czy inne warzywko. Dodatkowo, w przypadku siłowni budujemy sylwetkę, co znacznie przyczynia się do zwiększenia naszej atrakcyjności. Nie wspominając już o dobrym humorze. A im lepszy mamy humor, tym bardziej nam się chce coś robić i... koło się pięknie zamyka.

Poza tym warto korzystać z dobrodziejstw naszych czasów. Nowa fryzura czy makijaż w przypadku kobiet naprawdę robią sporą różnicę w naszym wyglądzie. I ubrania. Ktoś mi powiedział, że na fajne ciuchy trzeba mieć kasę. To zależy jak rozumiemy słowo "fajny". Można zapłacić za markę i dumnie się nosić z etykietką, ale można też ubrać się tanio, ale porządnie. Kwestia gustu. A do tego jakieś perfumy i z miejsca stajemy się dobrym towarem. :-)

AKCEPTACJA.
Ale co, jeśli z pewnych przyczyn nie możemy czegoś zmienić? Wtedy to ak-cep-tu-je-my. Mam krzywy nos? Nie szkodzi, moje oczy są piękne. Jestem chudy jak szkapa? Ale popatrzcie na moje smukłe dłonie! I tak dalej, i tak dalej. Klucz w tym, żeby wydobyć z siebie piękno, które wierzę każdy ma. Tylko chodzi o proporcje. Jedni dostali w nadmiarze to, drudzy co innego. Warto spojrzeć na siebie (bądź poprosić kogoś innego, by na nas spojrzał) i dostrzec zarówno wady jak i zalety. Ale obiektywnie. Bo nie ma też co sobie wmawiać, że czarne jest czerwone i na odwrót.

ZAKOŃCZENIE

Jestem, jaki jestem i się nie zmienię - mówią jedni, myśląc, że są idealni i nie muszą się zmieniać.
Jestem, jaki jestem i się nie zmienię - mówią drudzy, myśląc, że są beznadziejni i nie wierzą, że zmiana jest możliwa.
Jestem, jaki jestem i się nie zmienię - mówią inni, znając swoje ograniczenia, ale jednocześnie kochając samych siebie. I ja od dzisiaj będę dążył, by być jak ci "inni". Jak? Hm, może zacznę od codziennego wpatrywania się w tego mężczyznę ze zdjęcia. :-)

Z Bogiem!

PS Chyba zatrudnię się w jakiejś babskiej gazecie. "Napisz do Seby" - ciekawe, ciekawe.

O szansie.

Nie chcę być inny, bo lubię siebie. Nie potrzebuję jakiejś większej zmiany w moim życiu, bo moje życie jest OK. Nie chcę pieniędzy, kariery, domu, samochodu, zajebistego faceta. Dlaczego? Bo wiem, że to wszystko mogę sobie sam zapewnić. O co proszę, to o siłę i może jeszcze o takiego małego kopa na start. Bo potem już sobie sam poradzę!

Tylko muszę dostać szansę. Bez niej... nie mam szans.

Tylko nie mów mi, że chcieć to móc.
Tylko nie mów mi, ze chcieć to móc.
Bo ja chciałbym móc nie musieć wierzyć,
Że kiedyś to dostanę, co mi się należy...


czwartek, 20 września 2012

O tym, że się poddaję...

... i nie idę dalej. Mam dość szarpania się ze sobą, z Bogiem i z otaczającym mnie światem. Mogę się starać, żeby było lepiej, ale przecież i tak nie będzie "dobrze", więc jaki w tym sens? Będę czekał, nie wiem ile, rok, dwa, dziesięć. Aż coś się zmieni. Tak, samo, bez mojej ingerencji. Ja jestem bezsilny. A do tego czasu? Zmarnuję czas, grając w jakieś idiotyczne gry komputerowe albo siedząc na Facebooku. Może nie zasługuję na nic więcej...

środa, 19 września 2012

Jak to jest?

Zastanawiam się, jak to jest dzielić z kimś wszystko. Wracać trochę później do domu, ale przedtem zadzwonić, bo przecież może się martwić. Jak to jest tęsknić za nim, gdy wyjeżdża w podróż i witać go na dworcu, gdy wraca. Jak to jest robić mu kanapki do pracy i pamiętać o tym, że mają być bez szynki, bo jest wegetarianinem. Jak to jest czuć ciepło jego ust i słyszeć przyspieszony oddech za uchem. Jak to jest mówić: jestem zajęty, mam chłopaka. Jak to jest mieszkać razem i jeździć do Ikei po nowe meble. Jak to jest patrzeć jak "zmęczony zasypia na moich kolanach". Jak to jest mieć świadomość, że jest i będzie jutro, pojutrze i za tydzień. Jak to jest bać się, że go stracę i robić wszystko, by tak się nie stało. Jak to jest kochać i dać pokochać siebie...

Dowiem się tego kiedyś?

poniedziałek, 17 września 2012

Noc.

Dochodzi 2 w nocy. Jak co dzień obudziłem się po kilku godzinach snu. Męczy mnie to. Kiedyś wybierałem nocne życie, bo mi to pasowało. Teraz to jakby konieczność.

Nie będzie dziś na żaden szczególny temat. Znajomych nie ma on-line, więc to jedyne miejsce, w którym mogę się wyżalić. Zresztą, nawet jakby byli, to ile można narzekać na swój własny los? Nawet najbardziej cierpliwy słuchacz będzie miał z czasem dość. Nawet ja już mam dość gadania w kółko o tym samym.

Tylko, że jest problem, bo od jakiegoś czasu nic się nie zmienia. Są chwile, gdy jest cudnie; na przykład wczoraj, kiedy po serii modlitw poczułem się tak jak po wypiciu pierwszego w życiu piwa. Woda w mózgu, czyli taka czystość myśli. Zdałem sobie sprawę wtedy, że na co dzień mój umysł jest zamknięty. Po prostu dostrzegłem różnicę. Nie ma się w sumie co dziwić, bo jednak biorę te psychotropy, a jakie jest ich działanie, to każdy wie.

Może to niektórym wyda się śmieszne, ale chodzi o nudę. Nie potrafię się niczym zająć, a mam dostęp naprawdę do fajnych rzeczy, bo umiem takich szukać. Jednak NIC nie jest w stanie mnie zająć na dłużej niż 5 minut. Było już tak wiele razy, właściwie chyba przez cały ostatni rok, jednak wtedy grałem w Warcrafta. Teraz w Warcrafta nie gram i śmiejemy się z Ewą, że "moje życie straciło sens". Coś jednak w tym jest. Coelho pisze:
Jak strumienie i rośliny, dusze także potrzebują deszczu, ale deszczu innego rodzaju: nadziei, wiary, sensu istnienia. Gdy tego brak, wszystko w duszy umiera, choć ciało nadal funkcjonuje. Można wtedy powiedzieć: “W tym ciele żył kiedyś człowiek.
Ze mną jest tak samo. I zastanawiam się, czy problem jest we mnie, czy w moim życiu. Jak wiecie jestem przykuty do komputera, nie wychodzę na zewnątrz, więc jakby z automatu tych przeżyć i emocji jest mniej. Jestem taki wyjałowiony, pusty w środku. Mam wrażenie, że Bóg usuwa ze mnie coraz więcej złych rzeczy, ale zapomina włożyć te dobre. Może nie powinien tego robić? Bo trochę gniewu czy smutku by się przydało. A ja jestem taki nijaki. Ani ciepły, ani zimny. Ani radosny ani nieszczęśliwy. Czuję, że to mnie pogrąża i boję się, że przyjdzie taki czas, kiedy będę się całymi dniami gapił w sufit.

Jest jednak nadzieja - ona zawsze jest. B. niedługo wraca z podróży, za 3,5 miesiąca zaczyna się nowy rok, który według wszystkich znaków ma być przełomowy. I ja wiem, że będzie dobrze. No kiedyś na pewno, tak? Tylko, że tu i teraz jest źle. I w tym mi nadzieja nie pomoże.

Za to Wy możecie. Mam jakieś tam odwiedziny na tym blogu, więc proszę wszystkich, którzy to czytają o modlitwę w mojej intencji. Na imię mi Sebastian. Nie obchodzi mnie do jakiego Boga skierujecie tę prośbę. Wierzę, że i tak trafią do tego jedynego.

Tak więc, z Bogiem, ludzie!

niedziela, 16 września 2012

O zamiarach Boga względem nas.

Dużo czytam ostatnio o woli Boga i o tym, że należy ją szanować i respektować. OK., ale co jeśli naszym przeznaczeniem nie jest wcale szczęście? Zadaję sobie pytanie, czy byłbym w stanie nie sprzeciwić się temu i przyjąć na siebie swój krzyż w zamian za Życie Wieczne. I wciąż nie wiem. Tak bardzo kocham życie tu, na Ziemi, że to byłaby na pewno trudna decyzja. I pełna poświęcenia.

Z Bogiem.

O męskości, a raczej jej braku.


Jestem próżny, tak wiem.Ukaraj mnie namiętnie.W środku pusty, tak wiem.Ukaraj mnie bezwzględnie.Wstrzymaj puls, weź tlen.Zabierz całe powietrze.Bo jestem próżny, tak wiem.Przyznaję się bezczelnie.

Mam doła. Właściwie to żadna nowość ostatnio, ale postaram się, żeby to nie był taki całkiem głupi wpis. Mam doła, bo chciałbym być inny. Przeglądam fellow i widzę tych wszystkich pięknych, dobrze zbudowanych, hojnie obdarzonych facetów. A ja to taka karykatura mężczyzny. I niech nikt nie mówi, że męskość to odpowiedzialność, mądrość i rozsądek. Co jak co, ale facet musi wyglądać! I ja wiem, że to jest strasznie próżne, ale moje kompleksy mnie dobijają. Najgorsze, że pewnych rzeczy się nie da zmienić. Mam o to żal do Boga. Nie gniewam się, nie złoszczę - jest mi po prostu przykro. Że dał mi mniej niż innym. Boję się, że nikt mnie nie zauważy, że nie znajdzie się nie znajdzie się osoba, która mnie zaakceptuje i pokocha. Zresztą, ja się nie dam pokochać, co to to nie!

Miało nie być monotematycznie, ale zmieniłem zdanie. Mam prawo do smutku...

O przeszłości.

Jest OK. Nie ma bólu istnienia, lęków czy bezsensownego cierpienia. Ale wciąż nie mogę sobie poradzić z jedną rzeczą. A mianowicie apatia. Czasami mam tak mało siły, że umycie zębów stanowi spore wyzwanie. Nie mówiąc już o pójściu gdziekolwiek. I patrzę na to na dwa sposoby. 

Jeden to ściśle medyczny. Biorę tropy, ale że psychiatria to stosunkowo młoda dziedzina nauki, to te leki jeszcze są niedoskonałe. I raz, że ciężko lekarzom się uporać z objawami negatywnymi schizofrenii, a dwa, że mało, ale jednak są objawy uboczne zażywania "pigułek szczęścia".

Drugi to podejście religijne. Plan, sens, zło, dobro, walka o duszę. I może niektórym wydawać się, że jestem nawiedzony, ale modlitwa już wiele razy uchroniła mnie przed złem. Wiara również.

Oba te podejścia łączy jedno: moja przeszłość. Justyna kiedyś pisała:
"(...)przeszłość uderza mi w twarz. Myślałam, że jej już nie ma. A co gorsza, ona jest i żyje we mnie i zatruwa mi dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem."
Ze mną jest podobnie. Lata tłumienia pragnień, szarpania się z życiem, buntu i wojny ze sobą i światem robią swoje. I co prawda udało mi się o tym zapomnieć i przysypać to grubą warstwą ziemi, ale czuję, że nie zabiłem tych zdarzeń tak do końca. I mogę walczyć ze skutkami, wynajdować wciąż nowe zajęcia, brać coraz to nowsze leki, ale nie wygram, jeśli do tego nie wrócę i tego nie pokonam. Tylko, że nie wiem jak mam to zrobić.

Nie wiem.

Z Bogiem, ludzie!

O tym, kim byłbym - cz.2

Dzisiaj spojrzałem na siebie bardziej krytycznie niż ostatnio. I trochę mi wstyd, bo pisałem o głupocie, a sam chyba popełniłem głupstwo. Ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że powinienem pisać dalej, bo to doskonały sposób na doskonalenie siebie.

Zadajmy jeszcze raz pytanie "Kim byłbym, gdyby nie moje zwątpienia?".

Może pokornym Katolikiem, który co prawda grzeszy, ale jednak chodzi do tego kościoła, spowiedzi, przyjmuje Eucharystię i co niedziela coś mu w tej głowie z kazania zostaje? Gejem, który ma chłopaka i to wszystko, co piękne w związku: czułość, bliskość, tęsknotę i troskę? Normalnym, przystojnym, dobrze zbudowanym, zdrowym mężczyzną? Człowiekiem, który nie zna samotności, cierpienia i nie zgorzkniał, bo od roku siedzi w domu?

Nie wiem tego. Nikt nie wie. Mogło być tak lub inaczej. Jedno jest pewne - jestem, kim jestem. I jedyne, co mi pozostaje to ufać w to, że Bóg ma dla mnie plan, być może najlepszy z możliwych. I sprawi, że będę tym, kim mam być.

Z Bogiem...

sobota, 15 września 2012

O seksie słów kilka.

Na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że wszelkie rozważania są czysto teoretyczne. Jeśli wiecie, o czym mówię... :-)

Nie widzę naprawdę nic złego w seksie. Jest to fajna, przyjemna, zdrowa rzecz. I tu moja opinia nie różni się od tej na każdy inny temat - chciałbym, żeby każdy robił to, na co ma ochotę (jesli tylko nie krzywdzi innych, to oczywiste). Bo co jest złego w tym cholernym seksie?

U kobiet to trochę inna sprawa niż u mężczyzn, ale zasada jest jedna - lubisz seks, przygotuj się na to, że ktoś cię wyzwie od dziwek czy puszczalskich. Szczególnie jeśli się do tego przyznajesz. Bardzo często używa się słowa "moralność". Znam osoby, które są naprawdę świetnymi, dobrymi ludźmi, ale co? Puszczają się, wiec zasługują na potępienie. Skąd to się bierze, moi mili?

Ze strachu. Boimy się, że albo nasz penis jest za mały, albo że nie uda nam się zaspokoić partnera/partnerki, albo że nie jesteśmy atrakcyjni. I nagle przed nami staje osoba, o której wiemy, że często uprawia seks. Myślimy jedno - on to musi prawdziwy facet! Ale przecież nie przyznamy tego, prawda? Więc pojawia się reakcja obronna - agresja. Prawdziwie pogodzony ze sobą człowiek ma gdzieś co robią inni. Żyje własnym życiem.

Inna sprawa - seks jest grzechem. Kościół ma ugruntowaną pozycję w Polsce. Ale czasy się zmieniają. To nie średniowiecze, żeby ludzie "to" robili pod kołdrą, przy zgaszonym świetle i najlepiej tylko w dni niepłodne (coby nie musieć używać zabezpieczenia). Grzech to w ogóle takie śmieszne słowo. Bo każdy uważa za grzech co innego. Jedni seks w ogóle, inni seks z homoseksualnym partnerem, jeszcze inni seks z przypadkowym homoseksualnym partnerem. Ale moi drodzy to tylko przesuwanie granicy w jedną bądź drugą stronę. Nie lepiej by się nam wszystkim żyło, gdybyśmy dali sobie nawzajem wolną rękę? I zajmowali się sprawami, które są tego warte? Na świecie jest dużo realnego zła, które powinniśmy zwalczać. Kościół chociażby powinien się zająć pedofilią w swoich szeregach. A księża wypowiadają się na temat, który znają najmniej, czyż nie? :-) (dobra, ja robię to samo, więc cicho-sza)

Kiedy uważam seks za coś złego? Kiedy wyrządza komuś krzywdę na przykład. Kiedy jesteśmy w związku i partner nie godzi się na skoki w bok - słowem zdrada. I na koniec sposób w jaki to robimy, a więc brak szacunku do siebie samych.

Przydałoby się podsumowanie na koniec, ale powiem tylko tyle, że bardzo ciężko mi się pisało tę notkę. Wolę się nawet nie zastanawiać, dlaczego. ;-)

Z Bogiem, ludzie!

O tym, że wygląd jest ważny.

To bzdura, że wygląd się nie liczy. Jeśli wyglądasz jak Quasimodo, to mała szansa, że sobie kogoś znajdziesz. Co widzimy najpierw w człowieku? Przecież nie piękną osobowość, szeroki wachlarz zainteresowań czy wartości, które wyznajemy. Widzimy twarz i sylwetkę. I kiedyś czytałem, że w ciągu ułamka sekundy, wyrabiamy sobie zdanie na temat danej osoby. Myślę, że pięknym ludziom jest łatwiej w życiu. Nazwijcie mnie próżniakiem, ale sądzę, że nikt nie chce być brzydki.

Z drugiej strony, uroda nie gwarantuje nam szczęścia. Każdy z nas może zostać wystawiony na próbę, której nie podoła. I wtedy białe zęby i szlachetne rysy twarzy na nic się przydadzą. I tak sobie teraz myślę, że w pewnych przypadkach, może nawet trudniej jest być pięknym (hmm...) z tych samych powodów, które wymieniłem w pierwszym akapicie. Ciężej ci będzie znaleźć przyjaciela czy prawdziwą miłość. Tracisz to "sitko", eliminujące próżnych ludzi.

Ja, jako niezbyt piękne stworzenie, zmieniłbym w sobie wszystko. Tu sobie dodał centymetrów, tam odjął, tu poszerzył, tam zwęził. Jak pisała kiedyś Justyna - chciałbym, żeby Bóg sprawił bym był głupszy, ale ładniejszy. Bo te zalety, które posiadam tak naprawdę nie liczą się dzisiaj. Doceniam je, jasne, i cieszę się, że są, ale przydałby się taki reforge statystyk. Może wtedy patrzyłbym w lustro i kochał osobę, którą w nim widzę.

A na koniec modlitwa:
Panie, daj mi odwagę, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, siłę, abym zmienił to, co mogę i mądrość, abym umiał dostrzec różnicę.

Z Bogiem!

piątek, 14 września 2012

O życiu, które przyszło niezauważone.

Już rozumiem, dlaczego nie mam potrzeby prosić Boga o Życie*. Otóż dlatego, że to Życie już jest.

Każdy z nas marzy, prawda? I te marzenia przybierają konkretną postać - u mnie na przykład było to spotkanie z przyjaciółmi w pizzerii. Oczyma wyobraźni widziałem, jak siedzę, rozmawiam, śmieję się. I o to prosiłem Boga. Ale nie chodziło mi przecież o tę pizzę - no hej, taką samą mogę sobie przyrządzić w mikrofali. Chodziło mi o ludzi, o kontakt z nimi. I w tej swojej głupocie nie zauważyłem, że od kilku tygodni mam ten kontakt. Bóg zajrzał do mojego serca i spełnił moje marzenie, choć w innej formie niż tego chciałem.

Hmm, ale pizzę to bym zjadł... :-)

Z Bogiem!





*Mówiąc "życie" nie chodzi mi o funkcję życiową. Mam na myśli raczej taką pełnię własnego człowieczeństwa.

O gniewie i nienawiści.

Krótko. Czy gniew jest grzechem? A jeśli tak, to czy gniewny przecież Bóg grzeszy? A może Bogu wolno, a nam nie?

Bo wydaje mi się, że trzeba mieć umiar w miłowaniu bliźniego. Żeby czasem nie stać się kimś takim, co to jak na niego naplują, powie, że pada deszcz. Weźmy najprostszy temat: homoseksualizm. Nie potrafię nie czuć złości, kiedy czytam, że jestem obrzydliwy, zboczony i grzeszny; kiedy stawia się mnie na równi z pedofilami, gwałcicielami i innymi osobami, których zachowanie wyrządza krzywdę innym. No niech mnie chuj strzeli, nie potrafię. Gotuje się we mnie, gdy to słyszę. I co, mam zachować spokój? Mam pozwolić, by ktoś bezkarnie mnie obrażał i poniżał?

Jest jeszcze nienawiść. I tu się zgodzę, że ona jest zła. Ale czy można się winić za rzeczy od nas niezależne? Można nie czynić zła, ale co poradzić na zło, które jest w nas? Wiem, na pewno modlić się i prosić Boga, by tę nienawiść w nas zabił. I myślę, że to jest grzechem - pozwolić jej rosnąć w nas i zapuszczać coraz to większe korzenie.



Chwała Bogu za ten gniew, który syci naszą krew!




Jestem ciekaw, co myślicie.
Z Bogiem!

O dobrych rzeczach w moim życiu.

Dzisiaj rozmawiałem z Marcinem ponad 1,5 godziny. Chyba żadnego tematu nie dokończyliśmy, bo on jest strasznym gadułą. Ale to dobrze. Chociaż mam straszny mętlik w głowie i ciężko mi wyciągnąć jakieś wnioski. Jednak chciałbym napisać o czymś innym, o czymś, co sobie uświadomiłem dopiero dzisiaj.

Gdy dzisiaj się modliłem i przyszedł czas na codzienne prośby, zdałem sobie sprawę, że nie mam o co prosić! Dobra, nie wszystko jest takie, jak chciałbym, żeby było, ale jest naprawdę dobrze. Od kilku miesięcy nie doświadczyłem jakiegoś większego cierpienia, które trwało by dłużej niż kilka dni. Poznałem świetnych ludzi: Marcin, to oczywiste; Ewa, z którą jestem na dobrej drodze do zostania przyjaciółmi; Atilla, 13-letni Turek (kiedy powiedział mi, ile ma lat, byłem w szoku, bo myślałem, że jest moim rówieśnikiem; niesamowity dzieciak) i cała reszta ludzi, z którymi rozmawiam rzadziej lub częściej. Nie nudzę się, nie gapię godzinami w sufit. Wreszcie mam spójną osobowość oraz własne zdanie na dany temat, którego nie boję się wyrażać.

A wiecie, co jest najlepsze? Że to Bóg mi to dał! Nareszcie znajduję dobre rzeczy w moim życiu. A jak się o tym tak pomyśli, to to daje kopa, uwierzcie. Dlaczego więc tak często zapominam, żeby podziękować za to? Bo to przyszło z czasem i stało się oczywiste. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebym to stracił, prawda? Bóg może wszystko, może zrobić "pstryk" i koszmar wróci. Ale nie wraca. :-) Więc może to znak, że jego gniew powoli ustaje? I że powoli, powoli dojdę do siebie? :-) Chciałbym, żeby tak było.

Z Bogiem, ludzie!

O tym, że Bóg jest.

Kim jest Marcin, o którym wspominam tu na blogu? Mógłbym walnąć charakterystykę, ale nie wiem, czy by sobie tego życzył. Więc powiem tylko, że Marcin jest bardzo mądrym człowiekiem, który swoją dojrzałością przewyższa mnie i inne, również starsze od siebie osoby. Marcin jest Chrześcijaninem. Jest trochę dalej na swojej drodze do Boga niż ja, więc przyjmujemy relację uczeń-nauczyciel. Tłumaczy mi wszystkie zawiłości wiary i odpowiada na moje pytania. I nie robi tego na odczep się. On naprawdę rozumie to, co mówi. I to jest dla mnie najważniejsze. Że dzięki niemu coraz więcej rozumiem, a dzięki temu coraz bardziej wierzę. To nieprawda, że Bóg jest niepojęty. Może w pewnej części tak, ale przecież jest Pismo Święte. I sądzę, że Bóg stworzył je właśnie po to, żeby dać siebie poznać; żeby go zrozumieć. Zawsze miałem ścisły umysł. Nie przyjmuję rzeczy na wiarę. Wiem, że "błogosławieni Ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli", lecz to nie do końca jest tak, że Boga nie da się zobaczyć. Nie wiem, jak z Wami (i chciałbym, żebyście się podzielili swoimi doświadczeniami), ale Bóg dał mi świadectwo swojego istnienia mnóstwo razy. Pokazał się i ze złej, i z dobrej strony. Ale pokazał się. I zastanawiam się, czy właśnie taki pogląd, że Bóg nie istnieje czy że go nie widać, nie jest pewnego rodzaju zamknięciem się na niego. Wyobraźcie sobie konia, który ma klapki na oczach. Czy ludzie to nie takie konie? Prowadzą nimi księża, katecheci, ale sami Boga nie znają, nie doświadczają go. Z drugiej strona wiara to łaska, więc może to nie ich wina? Może Najwyższy nie chce, żeby uwierzyli? Gdy byłem nastolatkiem, wszyscy mi mówili, że trzeba wierzyć, a ja się zastanawiałem: "Jak mam do jasnej ciasnej uwierzyć skoro... nie wierzę. I kropka."

Uprzedzając pytania: nie, nie doznałem zaszczytu objawienia. Nie widziałem białej szaty, aniołów, świateł czy czegoś w tym stylu. Bóg w moim przypadku był bardziej dyskretny. :-) A to jakiś znak, a to zbieg okoliczności, a to zdarzenia, których nie dało się wytłumaczyć racjonalnie, a jeśli nawet, to te wytłumaczenia byłyby bardzo naciągane. Ale wiem, że On jest. I tyle.


O mądrości i głupocie.

Dzisiaj się modliłem. W trochę inny sposób niż zwykle, bo Marcin wyjaśnił mi pewne kwestie. Nie jestem człowiekiem, który wierzy we wszystko, co usłyszy. Żeby coś zrobić, muszę wiedzieć, dlaczego mam to zrobić. Inaczej nie ma szans. I może dlatego to moje życie było tak fatalne. Przykład - moi dziadkowie. Całe życie byli wierni Bogu. Pamiętam Dziadka, który co wieczór klęka przy łóżku i szepcze słowa modlitwy. I może są starzy i schorowani. Ale wychowali dzieci, doczekali się wnuków; w związku z tym, że pracowali, mają teraz emeryturę, słowem - przeżyli swoje życie godnie. A ja? Byłem niepokorny, buntowniczy, myślałem, że jestem najmądrzejszy na świecie. A tak naprawdę byłem głupcem. I Bóg kazał mi zapłacić za tę głupotę.

Ale, ale! Oskarżenie już jest, więc co mam na swoją obronę? Na przykład to, że nie chodzę wytartymi szlakami, tylko sam sobie tworzę drogę. Przeszedłem wiele, ale to mnie równie dużo nauczyło. Często zastanawiam się, kim bym był, gdyby nie te zwątpienia. Pokornym "Katolikiem", który nudzi się w kościele? Kryptogejem pałającym nienawiścią do siebie i innych? Normalnym, nieprzegiętym spoko gościem z fellow.pl? Tego nikt nie wie, ale jedno jest pewne - nie byłbym osobą, którą jestem dzisiaj. A ja mimo wszystko lubię siebie. Lubię swój rozsądek, nieocenianie innych, tolerancję, odwagę. I wiem, że trzeba było przejść każdy fragment mojej drogi, żeby dojść do takiego stanu.

A jest też kwestia, że w mojej głupocie było trochę mądrości. Zauważałem pewne zjawiska, mimo że nie umiałem ich jeszcze wtedy zinterpretować. Przykłady? Brak dojrzałości nastolatków i ich prymitywne zachowania. Tragicznie niski poziom nauczania i olewatorstwo nauczycieli. Bierzmowanie i przyjęcie go "bo tak trzeba". Nie chciałem być z nimi (nie wiedząc, kim tak naprawdę są ci oni), więc stanąłem przeciwko nim. Tylko, że z perspektywy czasu widzę, że nie zauważałem tego dobra i piękna, które koło mnie było. Mało, ale jednak.

Chodzi o to, że ten cały ciężar spadł na mnie za szybko. Byłem nieprzygotowany. Miałem 15 lat, byłem jeszcze dzieckiem. Dzieckiem które powinno śmiać się i bawić, a nie "cierpieć za miliony". I tak jak pisałem, ciągle jest we mnie żal skierowany w stronę Boga. Że dopuścił do tego; że OPUŚCIŁ mnie, kiedy najbardziej go potrzebowałem. Coraz częściej jednak akceptuję jego wolę i rozumiem, że tak po prostu musiało być.

Hmm, o czym ja to chciałem napisać? Nieważne. :-)

Z Bogiem.

czwartek, 13 września 2012

O tym, jak oddałem swoje życie Chrystusowi i przyjąłem do serca Ducha Świętego.

Wiem, wiem, że to brzmi jak slogan z ulotek Świadków Jehowy: "Jezus Cię kocha". A co, jeśli tak naprawdę jest? Jeśli istnieje Bóg, Chrystus i Duch Święty. Jakoś jest na pewno, prawda? Więc czemu nie tak?

Bardzo długo nie chciałem określać mojej wiary. Uważam, że na świecie jest tyle różnych wyznań i religii, że szansa na to, że jest tak jak JA myślę, jest mała. Jednak postanowiłem zaryzykować. Marcin podesłał mi stronę, w której było wytłumaczone co i jak. W końcu od dawna określam się jako Chrześcijanin, więc czemu nie oddać się temu w pełni? 

Urodziłem się w Polsce, kraju katolickim. Może to znak? Może Boga i prawdy nie trzeba szukać, jadąc do Indii. Może rozwiązanie jest tutaj, obok mnie? A przecież zgadzam się z Ewangelią w 99%; jest mi bardzo bliska, dlaczego by nie spróbować? To, że chcę być Chrześcijaninem, nie znaczy oczywiście, że porzucę swój cały światopogląd i to wszystko, co sobie wypracowałem przez lata. Nadal widzę świat taki jak w "Polowaniu na Wielbłąda" i na pewno nie będę teraz ludzi nawracał na siłę, bo wolność i tolerancja są dla mnie cały czas niezwykle ważne. I jakoś tak po cichu wciąż wierzę, że można być dobrym człowiekiem, nie wierząc w Chrystusa. Wiara swoją drogą, ale to uczynki mówią najwięcej o tym, jacy jesteśmy. Ale moja droga jest moją drogą i przyszedł czas, żeby wybrać. W końcu nic nie tracę, tak?

Ale Katolikiem raczej nie zostanę. Dziwi mnie "nieomylność Papieża" oraz jego uwielbienie; mam luźne podejście do seksu i antykoncepcji, i co najważniejsze - wierzę z całego serca, że mój homoseksualizm nie jest w oczach Boga grzechem. Że Bóg pragnie mojego szczęścia, a szczęśliwy mogę być tylko u boku mężczyzny. I nie przekonuje mnie pogląd, że Bóg kocha homoseksualistów, ale nienawidzi "homoseksualnych czynów". O tym może więcej w innym poście. W każdym razie nie chcę należeć do organizacji, która odrzuca ludzi ze względu na to, kim są i czego pragną. Może to się zmieni. Może tak jak członkowie WiT-u uznam, że należy zmieniać Kościół od wewnątrz. Na razie jednak nie.

Po obejrzeniu "Spotkania" naszła mnie myśl, żeby pójść do spowiedzi. Ale nie po to, żeby dostać rozgrzeszenie. Pójdę tam po to, żeby wyznać przed kimś swoje grzechy. Choć może grzech to nie jest dobre słowo. Raczej złe czyny i przewinienia. Bo co innego myśleć o tym, a co innego przyznać się do błędu. Tym bardziej ciężko przed innym człowiekiem. Sprawę jeszcze przemyślę.

Może się okaże, że ta decyzja była dla mnie zbawienna i że TO właśnie jest ten brakujący fragment układanki, którego szukam od 7 lat? Miło by było. Ale czas pokaże. Wielkimi krokami zbliża się koniec 2012 roku. A przecież wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią mi, że coś się zmieni.

Pozdrawiam Was serdecznie i niech Bóg Wam błogosławi. :-)

O samotności kolejny raz (i pewnie nie ostatni).

Zauważyłem dziwną zależność. Im bardziej samotny się czuję, tym mniej mam ochotę na kontakty z innymi. Nie wchodzę na TS na przykład. Bo, co ja im powiem w takim stanie? "O Boże, jestem taki nieszczęśliwy"? Czasami mam dość żartów i pieprzenia o bzdurach. Chyba chciałbym, żeby się znalazł "ktoś". Ktoś, kto mi pomoże, uratuje mnie. Bo Bóg przecież nie zawsze działa w bezpośredni sposób. Czasami stawia nam na drodze konkretne osoby i tak realizuje swój plan.

Jest też kwestia taka, że cały czas się zastanawiam czy i co mogę zrobić, żeby zmienić swoje życie. Jasne, może być tak, że to jeszcze nie jest mój czas (hm, ciekawe kiedy będzie...), ale możliwe, że o czymś nie wiem. Jakiś brakujący fragment układanki, ten najważniejszy. Próbowałem już wielu rzeczy. Leki, terapia, hipnoza, egzorcyzmy, praktykowanie wiary czy zupełne odejście od niej. I jak na razie to ostatnie przyniosło najlepsze rezultaty. Ale nie chcę tak żyć, choć jest to bardzo kuszące.

Jest we mnie taka, może i naiwna cząstka wiary w to, że będzie dobrze. Że kiedyś będę miał chłopaka, przyjaciół, dom, studia, pracę. Nie zmieniło się to od lat, mimo całego zwątpienia, jakie mnie dopadało i dopada nadal. Wiem, że to znak, że żyję. I że jeszcze się nie poddałem.

Będę, będzie we mnie siła.
Będę jak nikt niespokojnie miła.
Będę jak trawa w górę się piąć.
Będę wysoko, pod niebem
I dowiem się czegoś, o czym nie wiem.
Zanim z wysoka zechcesz mnie zdjąć.


Spotkanie.

Wczoraj, dzięki Marcinowi obejrzałem film "Spotkanie". Film z lekka patetyczny, ale ja i tak płakałem na nim jak bóbr. Lubię filmy, które zostają w głowie i dostarczają przemyśleń. Szczególnie takich, z którymi można się utożsamić. Dla mnie to było łatwe, gdyż określam się jako Chrześcijanin, jednak sądzę, że dla ateisty byłoby to trudniejsze. W każdym razie to kilka z nich:

1. Zawsze, gdy ktoś mi mówi, że Bóg mnie kocha czy że jest przy mnie, zastanawiam się, po co mi to? Co daje mi ta jego miłość? Cierpienie? Ból? Krzyż, który ma mnie zaprowadzić do Nieba? Często myślę, że wolałbym, by Bóg mnie opuścił; by przestał mnie kochać, bo może wtedy byłoby choć trochę łatwiej. Ale, ale, do rzeczy.

Dotąd nie wierzyłem w piekło. Świadomość wiecznych męczarni jest dla mnie przytłaczająca. Ale, że staram się nie przywiązywać do swoich myśli, zakładam, że może być inaczej. Tak więc, czy gdyby Bóg mnie nie chronił, nie trafiłbym do tego Piekła? Myślę, że trafiłbym, a w obliczu całej wieczności, te moje 7 lat nie-życia to zaledwie ułamek. Wiele razy myślałem o samobójstwie. Ale coś mnie trzymało przy życiu, jakaś "siła", która nie pozwalała mi zrobić tego ostatecznego kroku. Miałem wrażenie, że jednak nie jestem całkowicie pokonany; że jeszcze coś dobrego mnie w tym życiu czeka. Dzisiaj wiem, że nie modliłem się o śmierć. Ja się modliłem o życie, o ratunek. I Bóg to wiedział, dlatego nie pozwolił mi odejść.

2. Nie jestem już starym Sebastianem, któremu stawały łzy w oczach, gdy ktoś na niego nawrzeszczał. Który bał się siebie samego i wszystkich wokół. Który nie umiał wyrazić własnej opinii i był jak ta choragiewka na wietrze. Teraz jestem inny. Silny, odważny. Otwarcie mówię o swoim homoseksualizmie czy chorobie psychicznej. Mam swoje zdanie, co jak wiadomo niekiedy innym się nie podoba. Ta cała zmiana nie zaszłaby, gdyby nie moja droga. Cierpienie może i nie uszlachetnia, ale tworzy wokół nas mur, który chroni.

Mimo to wciąż czasem przemyka mi myśl, że wolałbym być słaby, ale szczęśliwy. No cóż.

3. To nie ojczymowi i mamie muszę wybaczyć. Nawet nie sobie. Muszę wybaczyć Bogu, bo do niego mam największy żal. I może sam sobie zapracowałem na swój los, jednak MOGŁO być inaczej. Ilu znam ludzi, którzy kłamią i oszukują, a mimo to im się wiedzie. Bardzo wierzę w to, że jest jakaś siła, która wszystkim kieruje i że tak naprawdę jesteśmy pionkami w jakiejś ogromnej grze. I że jeśli coś nie ma się stać, to to się nie stanie, choćby nie wiem co. Dlatego ciągle mam żal, że było jak było.


Chciałbym przeprosić, że to wszystko takie niespójne, ale pamiętajcie, że pisał to chory psychicznie absolwent gimnazjum. :-D

O znajomych, samotności i szansie.

Mam fajnych znajomych, to fakt. Jednak zdałem sobie sprawę, że jest luka w moim sercu, której nie da się wypełnić ludźmi. Bo co z tego, że śmiejemy się, żartujemy, jeśli wyłączam komputer i jestem sam. Potrzeba mi mężczyzny. Już nawet nie mówię, że chciałbym być z Nim. Chciałbym mieć kogokolwiek. Tak żebym mógł poczuć ciepło i bliskość. I przegnać tę pieprzoną samotność, która ostatnio mi doskwiera. Bo to jest tak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Odkąd przełamałem blokadę nie-rozmawiania-z-nikim, pragnę tego kontaktu. A ostatnio na przykład dostałem kosza. Facet stwierdził, że to nie wyjdzie, bo ja nie szukam realnych znajomości. Pewnie, miał rację, jednak zrobiło mi się smutno. Bo jakkolwiek doceniam to, co mam i cieszę się, że najgorsze minęło, to ten cały erzac jest dobijający. I nie zgadzam z tym, że nie można pragnąć więcej. Można! A nawet trzeba. Jeśli tylko mamy szansę, wykorzystajmy ją. Ja na przykład tej szansy (jeszcze?) nie mam. Ale o tym kiedy indziej.

A tak w ogóle to witam i zapraszam do czytania i komentowania.